Tak się dziwnie składa, że odnajduję przyjemność w dobrym jedzeniu. Nie wiem co jest ze mną nie tak, może jakiś błąd genetyczny, wada wrodzona albo choroba popromienna po Czarnobylu. Jedzenie sprawia mi przyjemność, lubię poznawać nowe smaki, próbować, eksperymentować z przepisami.
Kiedy mówię ludziom, że jestem na DIECIE bezglutenowej widzę w oczach to niewypowiedziane:
"Ojej, ale ta dieta chyba nie działa"
Bo z czym kojarzy Wam się słowo dieta? Tak od razu, bez zagłębiania się w temat?
Dieta to wyrzeczenia, to liczenie kalorii, to cotygodniowe ważenie, to robienie sobie zdjęć przed i po w wątpliwej urody bieliźnie i skarpetkach - koniecznie bez pokazywania twarzy i ze stertą brudnego prania w tle. To snucie się na imprezie z miną cierpiętnicy i pustym talerzem i mówienie na głos by wszyscy słyszeli:
"Och nie, dziękuję! To ma za dużo tłuszczu/cukru/kalorii/węgli/białka/powietrza"
Niech inni wiedzą, jak źle jedzą. Niech wiedzą, że ja jestem lepsza, bo JESTEM NA DIECIE.
Otóż w klasycznym rozumieniu tego słowa - NIE, nie jestem na diecie. Próbuję - choć czasem przypominam w tym Don Kichota - zmienić swoje nawyki żywieniowe. Chciałabym nie przypłacać przyjemności jedzenia późniejszymi dolegliwościami i bólem. Chciałabym być zdrowa i czuć się dobrze.
Jeśli poczęstujesz mnie na przyjęciu bezą, którą uwielbiam i jeść mogę - chętnie nałożę sobie kawałek. I wtedy narażę się na komentarze, że jestem "na diecie", a jem słodycze.
Jeśli bedziesz namawiać mnie na kawałeczek torta, odmówię i być może usłyszę
"ale przecież bezę zjadłaś!".
Dlatego tak bardzo nie lubię słowa dieta. Tak mocno wyznacza tor myślenia rozmówcy.
Pewnie powinnam być na jakiejś prawdziwej diecie, bo umówmy się - do Ani Lewandowskiej podobna jestem tylko z imienia.
Wybrałam inną drogę. Staram się odżywiać zdrowo, uwielbiam zielone smoothie, zajadam owsiankę na śniadanie (serio, nie jest tylko do zdjęć na Instagrama!). Coraz więcej na naszym stole potraw na parze, sałat, warzyw i owoców. Jednak staram się by było przede wszystkim smacznie. A przy okazji zdrowo. Nie katuję siebie i rodziny gotowanym bez soli kurczakiem jeśli wiem, że nie smakuje on żadnemu z nas. Ale już chętnie zrobię go na parze z przyprawami, bo w towarzystwie kolorowej sałatki czy mizerii wszyscy zjemy go chętnie.
Mam nadzieję, że wraz ze zmianą jadłospisu będę po prostu zdrowsza. Nie obrażę się nic a nic na efekty w postaci spadku wagi. Ale jeśli zapytasz mnie czy jestem na diecie to odpowiem zgodnie z prawdą - NIE!
Dziś podzielę się jeszcze z Wami fajnym autorskim pomysłem na ciacho - chlebek bananowo-owocowy, który co tydzień piekę i pakuję dzieciom i sobie do śniadaniówki - razem z owocami. Jako smaczną alternatywę drożdżówek.
Całość wylewamy do małej keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika z termoobiegiem na około 40-50 minut. Pieczemy do suchego patyczka.
I gotowe.
Przepis jest tak prosty, że spokojnie wstawicie ciacho w przerwie reklamowej podczas wieczornego filmu, a rano bedziecie mieć pożywne i słodkie drugie śniadanie.
W pracy smakuje najlepiej!
Ściskam słodko!






0 comments:
Prześlij komentarz