Jestem złą matką. Matką, która skazuje swe malutkie,
sześcioletnie bezbronne dziecko na zetknięcie się z koszmarem szkolnego
korytarza, niewykwalifikowanej kadry nauczycielskiej i fizyką kwantową na
poziomie zaawansowanym.
Jestem matką wyrodną.
Mój syn, lat sześć, chodzi do pierwszej klasy.
Nie moczy się w nocy, nie potrzebujemy porady psychiatry,
nie wraca do domu z płaczem.
Moja córka, lat osiem, chodzi do trzeciej klasy. rozpoczęła
naukę w wieku 6 lat. Nie moczy się w nocy, nie potrzebuje porady psychiatry,
nie wraca do domu z płaczem.
Są różni, mają odmienne charaktery, różne zainteresowania i
temperamenty. Z Matyldą, z natury spokojną i raczej stworzoną do zabaw
statycznych, siedziałam nad lekcjami raptem kilka razy od kiedy poszła do pierwszej
klasy. Z Antkiem będzie więcej pracy. To niespokojny duch, wulkan energii,
owsik. Nie ma czasu na jakieś tam lekcje gdy tyle do zrobienia wokół.
Czy bycie ruchliwym dzieckiem dyskredytuje go jako pierwszoklasistę?
Słyszałam wiele takich opinii, że za mały, że zbyt uczuciowy
(sic!) i argument koronny NIEDOJRZAŁY EMOCJONALNIE. No i jeszcze ZABIERAM MU
DZIECIŃSTWO.
Że jak?
Nie pamiętam, żebym poczuła się dorosła i przytłoczona tym
strasznym życiem w dniu kiedy założyłam plecak. Nadal bawiłam się na podwórku i
latałam po garażach. Tylko ilość kolegów i koleżanek się zmieniła. Zdecydowanie
na plus.
Czy za rok mój Antek będzie mniej ruchliwy?
Nie sądzę.
Poważniejszy?
Śmiem wątpić patrząc na coraz "ciekawsze" pomysły,
jakie wpadają mu do głowy z każdym kolejnym tygodniem.
Lepiej przygotowany?
Powtarzanie tego samego materiału - w przypadku Antka -
równa się nudzie i rozkojarzeniu. Liczy, pisze, czyta. Co nowego wniesie
kolejny taki sam rok?
Odporniejszy psychicznie?
Antek jest bardzo uczuciowym dzieckiem, empatycznym.
Uwielbia przytulanie. Nie wiem dlaczego w oczach specjalistów dyskredytuje to
jego zdolność do radzenia sobie w szkolnej dżungli. Bo oprócz empatii posiada
też niezłą przebojowość i moc natychmiastowego zjednywania sobie ludzi, która
mnie - urodzoną introwertyczkę - zdumiewa ogromnie.
Szogun, ale uroczy! Nie można go nie pokochać. Ile razy to
słyszałam?
Tak naprawdę - tu narażę się masie, ogromnej masie czytelników - argumenty tak mocno podkreślane przez organizacje "ratujące maluchy" to argumenty rodziców, którzy boją się wypuścić dzieciaki spod swych opiekuńczych skrzydeł. W wielu przypadkach, które znam, to nie dzieci nie są przygotowane do nauki w szkole. To ich rodzice nie dorośli do tego emocjonalnie.
Przedszkole to bezpieczna przystań, osiem godzin ciągłej
opieki, posiłki, zabawy, monitoring. A szkoła? Szkoła to dżungla! Zmienny plan
lekcji, pewnie dla wielu - także dla moich dzieci - świetlica, dużo mniejszy nadzór.
Wszystko się zgadza. Szkoła to nie przedszkole. Tam dziecko MUSI sobie
radzić. A my nie jesteśmy w większości na to gotowi. I wmawiamy dzieciom, że to one nie są, że za małe, że sobie nie poradzą.
Decyzję o wysłaniu do szkoły Matyldy podjął za nas rząd. Nie
oponowaliśmy, nie prowadzaliśmy jej do psychologów, by odroczyć obowiązek.
Uznaliśmy, że jest gotowa, a my pomożemy jej w nowej sytuacji. W przypadku
Antka kolejny rząd postanowił znieść obowiązek szkolny dla sześciolatków.
Pominę aspekty polityczne i bałagan w szkołach i przedszkolach. I głowach
rodziców! My od początku zerówki w przedszkolu przygotowywaliśmy Antka do
rozpoczęcia nauki w szkole i naszej decyzji nie zmieniliśmy.
Czy od początku byłam 100% pewna swej decyzji? Nie.
Ale ufam swojej intuicji. I znam swoje dziecko. I jestem gotowa ponieść i
zaakceptować konsekwencje tej decyzji. Razem z nim.
Podobnie jak pisałam Wam w przypadku kolonii TUTAJ. Mów dziecku, że jest dobre, że może, że potrafi! Nie strasz dziecka szkołą jeśli to ty się jej boisz! To świadczy raczej o twojej niedojrzałości emocjonalnej.
Nie mów:
"W szkole to cię dopiero nauczą"
Staraj się opisywać szkołę jako wielką nową przygodę,
fascynującą, ciekawą. Przeżywaj z dzieckiem kompletowanie wyprawki, podpisywanie książek,
wybór zeszytów i piórników - nawet jeśli tobie wydaje się to głupie i niepotrzebne. Dla malucha to ogromne emocje. Niech bedą pozytywne. Opowiadaj jak ty szłaś/szedłeś do szkoły, jak miały na
imię przyjaciółki i przyjaciele ze szkolnej ławy, mów o fajnej pani, którą do dziś wspominasz z
sentymentem. Ale też nie koloryzuj. Mów, że szkoła to obowiązek. Że
odrabianie lekcji jest ważne i że to taka praca dla dziecka. I tak jak my
musimy codziennie wstać do pracy, tak maluch musi iść do szkoły.
Ja nie odrabiam lekcji za dzieci. Jeśli potrzebują mojej pomocy
- jestem. Ale nie wyręczę za nic. Jeśli pada sławetne i wyczekane:
"Ale mama Julii/Stasia/Basi * odrabia z nim/nią* lekcje"
* skreślić niepotrzebne
uparcie powtarzam, że ja już szkołę skończyłam i drugi
ani trzeci raz robić tego nie zamierzam. Jestem gdy trzeba pomóc. Nie ma mnie
gdy trzeba wyręczyć. Może jestem wygodna, a może chcę nauczyć moje dzieci, że do wszystkiego trzeba dojść własną pracą. I nie ma drogi na skróty.
Chociaż - niech Bóg mi świadkiem - pracuję nad własną
cierpliwością, to jednak kończy się ona nagle przy malowaniu szlaczków po raz
dziesiąty. Pokazuję więc, tłumaczę i siadam z boku zaciskając zęby.
Gdy wczoraj ćwiczyliśmy malowanie tychże przeklętych szlaczków
i Antek po raz dziesiąty namalował jeden z nich odwrotnie pomyślałam
zdenerwowana na siebie, na niego i na cały świat:
"Matko, może on jednak jest za mały, nie ma tej
koordynacji, wprawionej ręki, co ja najlepszego narobiłam?"
Odpuściliśmy, pojechaliśmy do obiecanego kina. Wieczorem zrobiliśmy
ostatnie podejście. Już nie mówiłam mu cały czas co ma robić. Posadziłam przy biurku i
powiedziałam raz:
"Po lewej stronie masz wzór. Musisz tylko patrzeć na
niego i myśleć tylko i wyłącznie o tym jak prowadzić ołówek. O niczym innym.
Prosto na dół, pętelka i do góry w prawo. Prosto na dół, pętelka i do góry w
prawo. Prosto na dół, pętelka i do góry w prawo".
Wiecie co?
Dziad jeden pyknął ten szlaczek wzorowo w dwie minuty!
Ha!
To wcześniej to nie była kwestia koordynacji, niedojrzałości fizycznej, psychoruchowej czy emocjonalnej. To był brak koncentracji, bo przecież czekało kino. Diabeł tkwi w szczegółach!
Być może się mylę, być może za rok, dwa, pięć napiszę tu, że to była błędna decyzja. Nie wiem. Nie znam przyszłości. Nikt mi nie da gwarancji na nieomylność.
Jednak uczulam Was - rodziców - nie słuchajcie "dobrych rad", nie dajcie się zakrzyczeć i nie płyńcie z prądem za wszelką cenę. To wy najlepiej znacie Wasze dziecko i wiecie co będzie dla niego dobre. Sprawdźcie szkołę, podpytajcie rodziców, których dzieci już się tam uczą, znajdźcie rodziców dzieci, które poszły do szkoły w wieku sześciu lat. Oceńcie warunki szkolne, porozmiawiajcie z dyrekcją, paniami na świetlicy czy woźnymi - one wiedzą naprawdę dużo!
Decydujcie odpowiedzialnie. Decydujcie mądrze. Decydujcie SAMI!
I od razu słowo dla tych co już mi napisać to i owo pragną
tak "od serca" z kapką żółci. Piszę o sobie, swojej rodzinie i swoich
dzieciach. To moja opinia, do której mam prawo. Jeśli masz odmienne zdanie -
napisz. Chętnie podyskutuję, wymienię się poglądami, poznam inne punkty widzenia. Zawsze jestem otwarta na konstruktywną krytykę. Jeśli jednak chcesz mnie ocenić i obrazić - daruj sobie, bo i tak tego nie opublikuję.
W kolejnym poście pokażę Wam jak urządzić kąt do nauki dla rozbrykanego sześciolatka. Stay tuned!
Ściskam Was mocno!



0 comments:
Prześlij komentarz