piątek, 30 lipca 2010

Nowe łupy

Wczoraj pojechaliśmy z mężem i synkiem do Gryfina do dwóch, poleconych nam przez znajomych, komisów meblowych. Jechaliśmy z zamiarem kupienia czegoś dużego - nadal szukamy komody do holu, a wróciliśmy z mnóstwem drobiazgów. Ja jestem zadowolona, bo byłam w swoim żywiole - mogłam grzebać, przebierać, oglądać do woli:)
Przytargałam do domu kosz słoików i pojemników (zamierzam zrobić Imoen'owe domowe spa), karafek na moje przyszłe nalewki, osłonkę na doniczkę z trawy morskiej, puszkę na herbatę, piękne klasyczne, pasujące do dloni lampki do brandy/koniaku i dwa brzydactwa - świeczniki, które będę przerabiać z ochotą:)











Do tego z maminego ogródka uszczknęłam piękny pęk białej lawendy, która już suszy się na kuchennym oknie...udany dzień!
Ach tak, jeśli komuś z Was rzuciły się w oczy moje gole doniczki ze sterczącymi tabliczkami do ziółek - pozbyłam się wszystkich ziółek w ciągu jednej nocy - nie wiem skąd i nie wiem jak do domu wlazły mi mszyce i rano wszystko nadawało się tylko do wyrzucenia tak było uroczo podziurawione. Nie chciałam ryzykować, że mszyce przeniosą się na domowe kwiatki i musiałam wyrzucić moje ziółka:(

środa, 28 lipca 2010

Tadaaaam!!

Oto i ono - moje pierwsze dekupażowe dziecię - jeszcze trochę niedopieszczone, lekko koślawe, ale moje pierworodne:) Przez siedem niemalże lat funkcjonowało jako kloc drewna trzymający w ryzach noże kuchenne (made in IKEA) i nadeszły lata tłuste - przeobraziło się w białego łabędzia z dumą puszącego się na kuchennym blacie.

Sami zobaczcie:






Ponieważ nie mogłam znaleźć nigdzie serwetek z interesującym mnie motywem arabeski wydrukowałam ornament i napis, który zrobiłam w WORDzie, na jednej z dwóch białych cieniuchnych warstw innej serwetki.

Z myślą o stole ogrodowym zamieszkały też u mnie słodkie lobelie...z uwagi na dość niekorzystne warunki meteo - raz upały, a raz wiatry - tymczasowo kwiatuszki stoją na salonach:)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Fioletowe, plecione i upolowane na wyprzedaży:)

Pojawiło się w moim domu, a konkretnie w wykończonym ostatnio przedpokoju. Koszyk na papcie i bambosze upolowany w Pepco :)Mała rzecz a jak cieszy:)



Już prawie prawie jest tak jak chcę - brakuje jeszcze:
- rolety rzymskiej w oknie (będę szyć jak tylko kupię mechanizmy i znajdę więcej czasu),
- 2 ozdobnych drewnianych wieszaczków z motywem z tych serwetek - będą dekupażowe choćbym miała ćwiczyć po nocach:)



- "czegoś" do zakrycia białych drzwiczek od skrzynki z bezpiecznikami - w zamyśle miał być oprawiony ten plakat, ale jeszcze dumam...




Tak wygląda obecnie nasz wiatrołap wg mojego projektu wzorowanego na skandynawskich meblach "Hülsta"








sobota, 24 lipca 2010

Decou mnie nie lubi...

...ale ja się tak łatwo nie poddaję...znów poszło co nie tak, na moim próbnym decoupage'owym "cosiu" wylazł żółty zaciek z lakieru:(
...wrrrr...zaraz go potraktuję papierem ściernym, może się uda....no i po 2 warstwach lakieru nadal widać dość wyraźnie miejsce gdzie zaczyna się serwetka.

Hm,kiedyś w końcu dojdę do tego jak to zrobić prawidłowo, a do tego czasu czeka mnie siedzenie przed monitorem i szukanie samouczków i instrukcji.

Póki co będę walczyć z kolejnymi warstwami lakieru, może po dziesiątej będzie ok? a może mój "cosiek" zrobi się cały żółty??

piątek, 23 lipca 2010

Torty, torty, torciki...

Torty angielskie, czyli zdobione lukrem plastycznym to jedne z moich ulubionych ostatnio tortów - lubię robić je na różne okazje i widzieć uśmiechy na twarzach solenizantów - taki torcik to prezent sam w sobie, wkładam w nie cale serce i wykorzystuję wszystkie umiejętności...

W poniedziałek powstał tort HELLO KITTY dla mojej 4-letniej siostrzenicy Zuzi (tak na marginesie, moja 2,5 roczna córcia jest absolutna fanką Hello Kitty:) )



I Zuzia zdmuchująca swieczki:



Tu inne moje "dzieła"

Tatusiowy tort na 60-tkę:



Urodzinowy tort mojej Matusi (wtedy była na etapie fascynacji Kubusiem Puchatkiem):



Urodzinowy tort dla Wiktorii - mojej chrześnicy i fanki Hannah Montana:



Mini torcik dla Nikoli - chrześnicy męża zafascynowanej Littlest Pet Shop:



Przepis na lukier plastyczny zaczerpnęłam z blogu „słodko i wytrawnie”
http://slodkowytrawnie.blox.pl/2009/07/Masa-cukrowa.html


Biszkopt ZAWSZE robię z przepisu dorotus na biszkopt rzucany. Jak dla mnie jest rewelacyjny…
http://mojewypieki.blox.pl/2009/06/Biszkopt-przepis-II.html

Masy są różne – ostatnio polubiłam ubita kremówkę z odrobina galaretki, bez cukru, za to z owocami – Hello Kitty był właśnie taki – 700 ml kremówki ubitej zmieszanej z 1 opakowaniem galaretki poziomkowej (rozrobionej w połowie wody) i z pokrojonymi truskawkami…

wtorek, 20 lipca 2010

Pierwsze hand-made-cosie

Powstały dziś ostatecznie moje ziołowe szyldy - jeszcze troszkę niewykończone, ale pierwsze koty za płoty...

Było tak:



Jest tak:





Troszkę ciemne zdjęcia, ale musiałam zasłonić roletę do zdjęć, bo w pełnym słońcu nic nie było widać:)

Blur - Out of Time (Live)



Kocham od pierwszego do ostatniego dżwięku, mnóstwo wspomnień...

Pawda, że piękny?


I letni portret...

niedziela, 18 lipca 2010

Leniwa niedziela...

Upały nareszcie zelżały, można wyjść na taras i pooddychać powietrzem nie ryzykując poparzenia dróg oddechowych, moje przegrzane ciało jest wniebowzięte i nawet zimny wiatr nie psuje mi humoru...

Wczoraj udało nam się oglądnąć wreszcie "Zmierzch" – wiem, wiem, że już trzecia część w kinach dawno, ale jak się cierpi na chroniczny brak czasu, a wieczorami pada jak mucha przy usypianiu pociech to oglądnięcie wieczorem czegoś poza sufitem w sypialni jest nie lada wyczynem.
Dziś będzie część druga, mam nadzieję...

Tymczasem leniwa niedziela...nawet pierwszy raz od dawna posiedziałam z książką w ręku (inną niż kucharska, bo tą trzymam w ręku dość często, zwłaszcza po szesnastej, kiedy nadal nie mam pomysłu na obiad, a mąż dzwoni, że już jedzie)...

Rano upiekłam na śniadanko moje ulubione puszyste bułeczki z przepisu dorotus
http://mojewypieki.blox.pl/2009/02/Bardzo-puszyste-buleczki.html
(z dodatkiem kruszonki), teraz mąż usypia Tuśkę, a ja nakarmiłam i położyłam wlasnie Antosia...



Nadal trwają pracę nad moimi pierwszymi dekupażowymi "dziełami", nie poddaję się i niedługo się pochwalę, jeśli będzie czym oczywiście:)

Tymczasem pora zabrać się za obiad. Odpoczywajcie i leniuchujcie jeśli tylko możecie!

piątek, 16 lipca 2010

Epizod szpitalny i pechowe zakupy...

Tak tak, epizod szpitalny, niestety w środowy wieczór wylądowałam z moim dwumiesięcznym Antosiem w szpitalu, a to wszystko z powodu jego, jak się okazało później, wiotkości krtani. Przestraszył nas synek nie na żarty, ciężko łapał powietrze, więc szybko wezwałam pogotowie...
Na szczęście już dziś wróciliśmy razem do domu i epizod szpitalny uważam za zamknięty (brr, tylko karaluchy mi się jeszcze będą po nocach śnić)...

W ramach odstresowywania zabrałam się za malowanie tabliczek do ziółek...i klops. Najpierw zdenerwowałam się, że farba ciężko się rozprowadza, potem, że zamiast umycia pędzli pod wodą bez problemu zapaćkałam dokumentnie całe ręce aż po nadgarstki lepką mazią...lecę sprawdzić puszkę z farbą, a tam...EMALIA LUKSUSOWA...Ludzie, toż ja w sklepie pół godziny spędziłam wybierając farbę akrylową i wyniosłam do domu jakąś emalię??

Zła jestem jak osa, co ja teraz zrobię z całą puszką niepotrzebnej nikomu farby? Do dekupażowania pewnie się nie nadaje, bo gdzie jej do akrylu...ech...tylko ja tak potrafię...


EDIT:
Ha, są i pozytywy - buszując po garażowym regale męża w poszukiwaniu rozcieńczalnika znalazłam prawie całą puszkę czarnej akrylowej farby do drewna i metalu, więc bilans wypada na zero - nie muszę już kupować czarnej, a w jej miejsce kupię nową puszkę białej:)

wtorek, 13 lipca 2010

Kominkowe projekty c.d.

Temat wciąż żywy, kominek wciąż w fazie projektowania i gdybania, a czas leci...choć nie wiem czy to normalne projektować kominek, gdy żar z nieba się leje i sama myl o kominku owocuje chęcią na długi i wyjątkowo zimny prysznic...

Nic to, zrobiłam kolejny projekt - tym razem w całości z wielkogabarytowych kafli "Ceramiki Kornak". Wczoraj uprzejma Pani z tejże kaflarni podarowała mi cennik i katalog kafli i od razu spodobały mi się właśnie te - proste, ryflowane no i duuuże...nawet małżonek wyraził aprobatę i nawet obojgu nam przypadł do gustu biało-czarny styl kominka...



Wywiewka "zebra"



To efekty wczorajszego i dzisiejszego tworzenia:

poniedziałek, 12 lipca 2010

Marzy nam się...

Marzy nam się zacieniony taras, na którym w upalny dzień wypijemy mrożoną herbatę, pogawędzimy o wszystkim i o niczym, pobawimy się z dziećmi, zaprosimy znajomych na przyjemnie orzeźwiający cytrynowo-truskawkowy sernik na zimno...

Dziś marzy nam się ze zdwojoną, ba ze stukrotnie większą siłą, z racji panujących upałów, które póki co zmuszają nas do siedzenia w domu i prób znalezienia choć kawałka cienia w ogrodzie...a ogród też dopiero w fazie projektów i marzeń i wyobrażeń...

Tylko jak zadaszyć naszą małą "patelnię"? pierwszym pomysłem była markiza, ale jak zwykle jest jakie "ale"...pasiaste wzory plus nasze osiedlowe wiatry troszkę nas do niej zniechęciły...
Opcja druga - drewniana pergola i zadaszenie z płyt poliwęglanowych + bambusowe maty...wszystko ładnie i pięknie, dopóki nie doczytałam, że dopiero wtedy zgotujemy sobie prawdziwą saunę..

I nagle OLSNIENIE!!
TAK, TO JEST TO !!!!


PERGOTENDA
pergola ze zwijanym dachem z materiału
Pięknie, klasycznie, śródziemnomorsko, klimatycznie, och, ach, ech...

Sami zobaczcie






Aktualnie czekam na wycenę i już wiem, że te informacje popsują mi humor:(

niedziela, 11 lipca 2010

Truskawkowy zawrót głowy

Uroczyście oświadczam, że truskawkowe przetwory już za mną. Ich tworzenie zajęło cały tydzień, ale pólka w spiżarce wygląda imponująco:)

Do wcześniejszych słoiczków dołączyły kolejne, z nowymi kompozycjami smakowymi, a mianowicie:
- syrop truskawkowy,
- konfitura truskawkowa z kiwi,
- orientalny (korzenny) dżem truskawkowy.



Ponieważ w tej temperaturze męczy mnie nawet mruganie, dziś nie dołączę przepisów, ale obiecuję poprawić się, gdy tylko aura będzie troszkę łaskawsza...A teraz udam się na zasłużoną sjestę, poprzyklejać się do salonowej kanapy...

Ach, byłabym zapomniała, kolejne koncepcje kominkowe powstały, kolejne projekty póki co w mojej głowie, ale obiecuję przelać je na …pulpit komputera:)...

PS. Nie bądźcie tacy nieśmiali, komentarze mile widziane:)

piątek, 9 lipca 2010

Kominkowych dylematów ciąg dalszy...

Są pierwsze projekty...
Pierwszy zrobilam bez kolorów, bo kompletnie nie "widzę" teraz kolorystyki salonu, ale chodzi raczej o sam zamysł i formę, wg wspólnego pomysłu ze zdunem nr 1 (panów fachowców nazwę zdun nr 1 i zdun nr 2:) ).

Tak prezentuje się nasz aktualny kominek, którego forma jest wg nas zbyt masywna i ciężka...zabudowa z płyt rigipsowych ognioodpornych, która się po prostu spaliła na proszek i sypie Sie przy każdym dotknięciu.



A tak wygląda projekt nr 1 - zabudowa "ciepła" z płyt ceramicznych, zmieniona i wyszczuplona bryła, wykończenie kamieniem nero i kaflami z kaflarni artystycznej "Ceramika Kornak" (ta wywiewka to kafel "zebra"). Chodzą nam jeszcze po głowie dwa duże kafle nad szybą, z kolekcji zebry, ale nadal myślimy...



Dziś czeka nas wieczorem wyprawa do zduna nr 2. Będziemy oglądać kafle, z których chce wykonać nasz kominek w obudowie ciepłej w stylu nowoczesnego pieca kaflowego...rusztowanie z plyt silikatowych...bardzo jesteśmy ciekawi...
Tak "widzi" nasz kominek zdun nr 2:

czwartek, 8 lipca 2010

Trochę słodyczy i trochę pikanterii

W każdym domu potrzebna jest odrobina słodyczy i odrobina pikanterii i bynajmniej tym razem nie mam tu na myśli sypialni;)

Mowa tu o KUCHNI, kuchni działającej na wszystkie zmysły, nie tylko smaku - węch i wzrok są przecież równie ważne w przypadku smakołyków..
Lubię połączenie słodkiego i ostrego - ciasteczka chilli z Lidla sa pyyyyszne:)

W moim grillowym repertuarze na dobre zagościły już diabelskie ogórki, czyli ogórki marynowane w słodkiej zalewie z dodatkiem czosnku i papryczek chilli - niebo, a raczej piekło w gębie. Po pierwszym wrażeniu wielkiej słodyczy dołącza się narastające rozkoszne pieczenie...świetna przystawka do grilla - a wg męskiej części degustatorów - wyśmienita zakąska pod wodę ognistą;)

Przepis:
- 3 kg ogórków gruntowych
- 4 łyżki soli
- duża główka czosnku
- 12 małych papryczek chilli (ja miałam suszone)
- 2 szklanki octu
- 80 dag cukru
- 9 łyżek oleju

Umyte ogórki kroimy w grube plastry (nie obieramy!) i zasypujemy solą. Odstawiamy na 6 godzin co jaki czas mieszając. Po 6 godzinach odlewamy wodę, dajemy pokrojona papryczkę, zalewamy podgrzanym do wrzątku olejem, mieszamy. Zagotowujemy syrop z octu i cukru, zalewamy ogórki i dodajemy wyciśnięty przez praskę lub drobno posiekany czosnek. Wszystko dokładnie mieszamy i odstawiamy na 12 godzin, mieszając co jaki czas. Po 12 godzinach rozłożyć do wyparzonych słoików, mocno zakręcić. Nie trzeba pasteryzować:)



Drugim ciekawym połączeniem jest mus truskawkowy z miętą i pieprzem. Także popełniony przeze mnie wczorajszego wieczoru. Na razie w fazie eksperymentu, bo nie mogłam znaleźć przepisu bez użycia żelfixów wszelkiej maści, których w mojej kuchni nie uznaję od kiedy w naszym domu pojawiły się dzieci. Mam nadzieję, że sprawdzi się jako dodatek do lodowych deserów, budyniu czy ciasta. Ma lekki owocowy smak z nutką mięty i ledwie wyczuwalnym pieprzem.

Przepis:
- 2 kg truskawek
- 100 ml zimnej mocnej herbaty miętowej (ja zrobiłam z 2 torebek)
- skórka otarta z 2 cytryn + wyciśnięty sok
- 0,5 kg cukru
- kilka gałązek świeżej mięty
- pieprz (najlepiej biały, ale ja miałam tylko czarny)

Truskawki pokroić i wymieszać z cukrem i naparem miętowym, odstawić do lodówki na noc. Następnego dnia zagotować przez klika minut z gałązkami mięty, przetrzeć truskawki przez gęste sitko, wyciągnąć gałązki mięty, połączyć sok z truskawkową pulpą i cytryną (sok i skórka), zagotować jeszcze raz, dodać pieprz i gorący mus nakładać do wyparzonych słoików. Pasteryzować ok. 25 min (ja oczywiście robię to w piekarniku). Po pasteryzacji postawić do góry dnem i ostudzić.


wtorek, 6 lipca 2010

Przetworowy debiut 2010

Już są.
Moje pierwsze tegoroczne przetwory, póki co takie najprostsze, ale pyszne i warte polecenia.
Jagody i czarne porzeczki w syropie...lato zamknięte w słoikach, na zimę jak znalazł.



Przepis - banalny:
1 część cukru na 3 części owoców


Słoiki porządnie myję, wyparzam w piekarniku, do gorących nakładam ciasno owoce z cukrem, zalewam odrobiną wrzątku i siup do piekarnika (w 140 stopniach) na 20-25 min w brytfance napełnionej gorącą wodą do wysokości 2 cm. Potem już tylko dokręcamy mocno pokrywki, odwracamy gorące słoiki do góry dnem i czekamy przez noc aż wystygną.

Łatwo, lekko i przyjemnie...

Smacznego:)